sobota, 1 sierpnia 2015

Losy cywilnych dzieci Warszawy 1944

Chwała Powstańcom!

Dziś w kolejną, 71-szą rocznicę Powstania Warszawskiego przypominamy sobie walczących bohaterów naszej stolicy, jak co roku odbywają się wspaniale oprawione uroczystości i spotkania z jeszcze żyjącymi uczestnikami Powstania. Jednak nie może ujść uwadze fakt, że chcąc - nie chcąc w Powstaniu brali udział również cywile. Nawet jeśli nie w walce praktycznej, to emocjonalnej... Najwrażliwszym punktem zawsze są i będą dla mnie w tej walce dzieci. Niesprawiedliwość dziejów? Urodzenie się w tzw. złym czasie? Pech? Dość, ze życie tych dzieci w czasie Powstania Warszawskiego i okupacji w ogóle - stało się z dnia na dzień dorosłe. 
Przytoczę tu fragment jednej z wielu pięknych relacji dzieci, które po Powstaniu wypędzone z Warszawy przeżywały kolejną gehennę. Serdecznie zapraszam na stronę http://www.banwar1944.eu/?ns_id=45 gdzie przeczytamy szereg wzruszający relacji tych, którzy wtedy byli tymi dziećmi...


Wywiad z Elżbietą Żakowicz-Prejzner
ur. 6 lipca 1936
Warszawa, 12.02.2007.
Rozmawiał: Stanisław Maliszewski


,,W czasie okupacji mieszkała Pani w śródmieściu Warszawy.Mieszkaliśmy przy ulicy Marszałkowskiej 25. My trzy - ja i dwie moje młodsze siostry, Katarzyna i Anna - tatuś, inżynier-architekt Mikołaj Żakowicz, i mama. Mieszkaliśmy w drugim podwórku, w bardzo ładnej kamienicy. Mieliśmy duże mieszkanie, pięciopokojowe, z dwoma wejściami - kuchennym i frontowym. Wiem, że frontowe wejście było przyozdobione secesyjnymi balustradami przy schodach. A dlatego tak pamiętam to, co było ładne, bo szybko wszystko stało się ohydne, brudne.
        I jeszcze taki blask - jesteśmy z siostrą, Kasią, w Parku Ujazdowskim, zachowało się zdjęcie: stoimy szczęśliwe, i nie takie chude, z kokardami, eleganckie na swój dziecięcy sposób, patrzymy radośnie w obiektyw aparatu jakiegoś fotografa, który pewnie biegał po parku i żył z robienia takich zdjęć. To zdjęcie moja mamusia, już wiosną czterdziestego piątego roku, wygrzebała ze śmieci i gruzów na podwórku naszego - jeszcze nie tak dawno pięknego - domu. Już spalonego; tylko niektóre mieszkania ocalały. I jeszcze jeden blask - tatuś przyjeżdża w czterdziestym czwartym roku, w lipcu, w moje imieniny (Elżbiety), przywozi mi książeczkę o Aniele Stróżu i pęk nasturcji - moich ukochanych kwiatów już na zawsze. Jesteśmy jeszcze na jakiejś łące, też pod Warszawą, na letnisku... I te zdjęcia to utrwalają. Są już szare, prawie niewidoczne. Siedzimy wszystkie trzy z tatusiem i z mamusią. I to były takie najradośniejsze chwile, które doceniam dopiero dzisiaj, kiedy jestem stara i wiem, że są już bezpowrotne.
      Wróciłyśmy z letniska do Warszawy 30 lipca czterdziestego czwartego roku. Tatuś twierdził, że lepiej, żebyśmy przerwały ten szczęśliwy pobyt wakacyjny i wróciły. Bo lepiej być razem. Kiedy jechałyśmy platformą (wtedy były takie wozy ciągnięte przez konie) z całym wakacyjnym dobytkiem - siedziałyśmy we trzy na szczycie tego wszystkiego -  kolejarze wołali do nas: "Gdzie pani ciągnie te dzieci do Warszawy, niech pani wraca!". Nie wiedziałyśmy, co oznaczają te słowa. Ale dzień później już było wiadomo.
       1 sierpnia wyszłyśmy przed piątą po południu przed dom - i natychmiast musiałyśmy wracać, bo się rozległa strzelanina, na ulicy były czołgi. I zamieszkałyśmy w piwnicy. Mamusia miała przygotowaną spiżarnię pełną jedzenia, tak, że mogłyśmy trwać przez długie miesiące tak zaopatrzone. Niestety, 3 sierpnia zostałyśmy z tego domu, z piwnicy, przepędzone przez Ukraińców chyba - żołnierzy w takich czarnych mundurach, z miotaczami ognia, z których do okien mieszkań strzelali czy też miotali ogniem. Nie mogłyśmy się już dostać do swojego mieszkania, tak, że zostało nam tylko to, co było przy nas w tej piwnicy. Przepadła ta spiżarnia z cudownym zaopatrzeniem, a myśmy poszły w głód i poniewierkę. Mamusia miała na sobie futro, chociaż było upalne lato, i tobół jakiś, może kołdra tam była, może poduszka. Jedzenia nie było, zostało w tej spiżarni.
I wszyscy zostali wyprowadzeni na ulicę?     Tak. Wszyscy zostaliśmy, przy okrzykach "Raus, raus!", wypędzeni przed dom. Był tam już tłum mieszkańców nie tylko naszego domu, ale również sąsiednich, którzy przedostawali się z ulicy Oleandrów, po desce umieszczonej nad dachami nad fabryką "Motor", do naszego domu. A to był ostatni dom, bo dalej Aleja Piłsudskiego i skwer. I wygarnęli nas wszystkich. Ci panowie z miotaczami ognia, z podwiniętymi czarnymi jakimiś koszulami, kubrakami, mundurami, zaczęli ustawiać nas pod murem domu. I nas też ustawili: mamusię - nie wiem, gdzie był tatuś - i nas trzy. Podszedł elegancki oficer niemiecki - w białych rękawiczkach, a jakże - odliczył: "Ein, zwei, drei!", bo myśmy wyglądały jak trojaczki, wszystkie ubrane jednakowo, i zabrał nas od tej ściany. I to był sygnał dla reszty tłumu - ktoś krzyknął "Uciekajmy!" i cały ten tłum się rzucił w stronę Placu Zbawiciela. To był niewielki odcinek, 200 metrów. Oczywiście trwała strzelanina, mamusia nawet upadła w pewnym momencie, ale się podniosła, nawet niedraśnięta; może się potknęła. Dobiegłyśmy do kościoła  Zbawiciela i tam odnalazłyśmy tatusia. I siedziałyśmy razem z powstańcami w podziemiach tego kościoła, gdzie były trumny, jakieś katakumby. Dla dziecka to było przerażające - takie trumny poustawiane. A w tych trumnach spali powstańcy - chyba były puste, nie wiem.
Ale zapamiętała Pani, że z cywilami byli również powstańcy?     Tak, byli tam też powstańcy. Tatuś zaczął mamusię nakłaniać, żebyśmy się przedostali nocą przez ulicę Mokotowską - bo ulica Mokotowska to była granica z tak zwaną "dzielnicą powstańczą".
To była linia frontu.     Tak. Żebyśmy się nocą przedostali i w ten sposób wyszli z tego osaczenia. A mamusia - i to są takie nieodwracalne decyzje - nie chciała. Ja niestety to słyszałam. Uważała, że jesteśmy my trzy i że jest to zbyt ryzykowne. Być może wtedy by się uratowało życie ojca, nie wiem. Ale nie zdecydowała się na to przejście i zostaliśmy w kościele.
     Następnego dnia poszłyśmy na górę na mszę. Ksiądz odprawiał mszę - i padł przed ołtarzem. Być może został zastrzelony - nie wiem. Pamiętam, że ksiądz upada - ja wtedy klękam i modlę się do Anioła Stróża. Wygarniają nas z tego kościoła. Tam było więcej ludzi. Gdzie byli w tym czasie powstańcy - nie wiem. To już była ludność cywilna - mężczyźni, kobiety, dzieci. Wyganiają nas przed kościół Zbawiciela, rozdzielają nas - mężczyzn i chłopców, takich większych młodzieńców - każą się kłaść na chodniku przed kościołem. Moja siostra, Kasia, która uwielbiała ojca, uwiesza się u jego ręki i ja widzę, że ojciec ma kilka zegarków na przegubie - bo się rękaw podciąga - i pokazuje ojciec te zegarki temu Ukraińcowi czy komuś. Nie wiem, kto zarządzał tą selekcją, bo tego nie pamiętam, byłam bardziej skupiona na widoku ojca i siostry -  to ostatnia scena, w której widzę ojca, i siostrę, wiszącą na jego przedramieniu, te zegarki, i krzyk jej straszny, i Ukraińca, czy innego wojskowego, który siostrę odrywa. Ojciec mój dobrze znał niemiecki i coś mówił do niego (a może po rosyjsku, bo rosyjski też mógł znać, jako że pochodził ze Wschodu, z okolic Stanisławowa) -  że ma jeszcze inne dzieci. Ale to też nic nie pomogło - tyle, że siostra się znalazła koło nas cała.
     Ci mężczyźni zostali tam, na tym chodniku, a nas pognano w stronę alei Szucha, na dziedziniec Gestapo. Tam pamiętam okna dobrze osłonięte workami z piachem i wycelowane w nas, w tę bezwładną, biedną gromadę kobiet i dzieci, bo tylko takie były osoby na tym dziedzińcu, pistolety - chyba maszynowe, jako dziecko nie byłam w stanie ocenić, co to było. I tam koczowałyśmy, całą noc - taką straszną noc rozjaśnianą łunami i opadającymi wielkimi płatami spalonych, nie wiem: papierów? Oczywiście nikt nie myślał o żadnym jedzeniu, o żadnej higienie, o niczym. Siedziało się tam w jednej wielkiej gromadzie.
     Następnie przeniesiono nas na Plac na Rozdrożu i tam siedziałyśmy. Robiono takie inscenizacje przed tymi biednymi kobietami i dziećmi: wózek - jak ryksza, tylko bez roweru - pełen trupów powyciąganych, prawdopodobnie powstańców, i powstaniec, miał opaskę nawet na ręce, ciągnący to - i ci żołnierze naśmiewający się i bijący go. I wtedy te kobiety i dzieci zaczęły śpiewać bodajże Kto się w opiekę odda Panu swemu. Niemców to chyba bardzo zdenerwowało.
     Formowała się jakaś kolumna, stały czołgi i samochody z czerwonym krzyżem - i nie wiem czy ten śpiew tak ich zmobilizował, w każdym razie, kto był z brzegu, to zgarniali i ustawiali wokół tej kolumny. I kolumna ruszyła. Podeszliśmy - długo nie szliśmy - do jakiejś barykady. Powstańcy nie strzelali. Ale kobiety krzyczały: "Strzelajcie!" I jacyś mali chłopcy zaczęli rzucać butelki z benzyną. Jeden czołg się zapalił, Niemcy w odwrocie, strzelanina, myśmy wszyscy zaczęli bezładnie uciekać - i do piwnicy. Ta barykada mogła być w pobliżu ulicy Skorupki czy Piusa XI, bo później w jakiś sposób znaleźliśmy się w piwnicy domu przy ulicy księdza Skorupki. I tam koczowałyśmy.
Tam się Pani znalazła z mamą i z siostrami?     Tak. Nie miałyśmy co jeść. Mamusia moja zaczęła wróżyć. Łatwo było wróżyć, że czeka podróż, wszystkich. Ludzie przybiegali do mamusi po te wróżby i dostawała za to a to kromkę chleba dla nas, a to coś. A w jednym mieszkaniu - poszła wróżyć do mieszkania, zaproszono nas - stały na parapecie miseczki z budyniem. I nigdy tak nie pragnęłam zjeść budyniu, jak wtedy patrząc na ten budyń i prosząc o ten budyń. A właścicielka mieszkania powiedziała, że to dla jej ukochanych kotów. Ja tego nie mogłam zrozumieć. Nie dostałyśmy tego budyniu. Zeszłyśmy do piwnicy i tam znowu - taki kąt był elegancko urządzony, tapczan, jakaś lampka, karbidówka (bo to się głównie karbidówką oświetlało), i żona jakiegoś powstańca, oficera (bo on ją odwiedzał), jadła pomidory i chleb z masłem. I ja podeszłam i patrzyłam... Nie podzieliła się ze mną. I też mi się to utrwaliło w pamięci. Ale mamusia już tego nie mogła wytrzymać. I postanowiła nas wyprowadzić na śmierć. Ja rozumiem, że matka patrząca na głodne dzieci nie może tego znieść. Teraz mogę to zrozumieć.
A jak długo Pani siedziała w tej piwnicy, przy ulicy Skorupki?     No, to mogło być tydzień, może więcej. I jeszcze pamiętam, że czytałam dzieciom tam zgromadzonym Przygody Koziołka Matołka. Siedziałyśmy na schodach do piwnicy, ja czytałam te Przygody Koziołka Matołka, oczywiście, jak to dzieci, zaśmiewałyśmy się - i wtedy "krowa" uderzyła i nas zmiotło do tej piwnicy. Ale nikomu się nic nie stało, Koziołek Matołek nas jakoś ochronił, no i mój Anioł Stróż, oczywiście.
     Posiłki z kuchni powstańczej, te zupy z kaszą, byłyby możliwe, gdyby można było się po nie dostawać - ale "gołębiarze" strzelali z dachów i jak ktoś przebiegał, przynajmniej w okolicach tej ulicy, to dużo osób ginęło i mamusia się nie odważała pójść po zupę dla nas. Wodę wiadomo, jak się zdobywało, wody też nie było, stało się w kolejkach. Miała tego dosyć. Mimo modlitw.
     Bo na podwórku - tam było takie podwórko-studnia, jak we wszystkich kamienicach warszawskich - była figura Matki Boskiej i tam się odbywały msze. Razem - powstańcy i ludność cywilna. Nigdy nie widziałam tak gorąco rozmodlonych ludzi, jak właśnie tam wtedy. I ja uczestniczyłam w tych mszach.
     Mamusia miała ze sobą obrazek świętego Stanisława Kostki, do którego miała szczególną atencję od lat swojej młodości. Pomodliła się, spojrzała na świętego Stanisława i mówi: "Dzieci, wychodzimy. Idziemy". Wzięła tobół i ruszyłyśmy - ulicą, środkiem, mimo tych "gołębiarzy", strzelaniny... To było niby spokojne Śródmieście - tak później czytałam w książkach: że dla powstańców, którzy ze Starówki wychodzili kanałami, w Śródmieściu to tak jakby oaza spokoju...
No tak - widzieli całe domy, szyby w oknach...     Natomiast ja pamiętam, że szłyśmy ulicą właśnie po stłuczonych szybach. Szłyśmy środkiem tej ulicy, nie kryjąc się nie biegnąc...
A czy mama mówiła, dokąd macie iść?     Powiedziała, że idziemy na śmierć. I myśmy szły. Jakoś kule nas omijały. Albo ludzie się ulitowali, nawet serca tych "gołębiarzy" może okazały się litościwe w takim momencie, widok takiej kobiety z trójką dzieci... Kiedyśmy doszły do jakiejś bramy, podmuch "krowy" - bo tak mówiono tam u nas: "krowa", nie "szafa", o ile pamiętam - podmuch "krowy" zmiótł nas do jakiejś bramy. I usłyszałyśmy rozmowę: "Nikt z tego domu na Skorupki nie wyszedł. A tam była taka kobieta z trójką małych dziewczynek..." A my tu stoimy całe, z mamusią. I z tym obrazkiem świętego Stanisława Kostki. I mamusia, skoro już wyszłyśmy niedraśnięte, to chciała wyjść w ogóle. Pyta pan, kiedy to mogło być? To musiało być długo, bo to był już wrzesień..




źródło:  http://www.banwar1944.eu/?ns_id=45

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Translate